25.07.2014

002. Moving Target

Jak powinien zachować się człowiek, który właśnie dowiedział się, że jest śledzony? Gdyby taką wiadomość usłyszał Kyle Dangermond zapewne uśmiechnąłby się szeroko i z udawaną skromnością, mimochodem pochwaliłby się tym w jakimś wywiadzie. Carrie Lauren wynajęłaby prywatnego detektywa, który zacząłby zbierać informacje o przeciwniku. Sadie Hilton, maksymalnie podniecona, za wszelką cenę chciałaby doprowadzić do konfrontacji z cichym wielbicielem. Matthew Hearst zleciłby swoim strażnikom jego lordowskiej mości skasowanie intruza. A ja? Florrie Hart? Stałam jak wryta przed złym posłańcem, objawionym w ciele Jake’a, próbując zrozumieć o co tak właściwie chodzi. Jak to możliwe, że na świecie znalazła się osoba zainteresowana moim życiem do tego stopnia, by śledzić moje poczynania na każdym kroku? I co ważniejsze, kim był ten człowiek? Pewnie powinnam czuć w tej chwili strach… Gwałciciele, mordercy, psychopaci… Tylko czekali by zrobić mi krzywdę, albo zacząć emocjonalny szantaż. Więc dlaczego byłam tym lekko podekscytowana?
- Ale jak to możliwe!? – mój mózg pracował w tej chwili na najwyższych obrotach. Próbowałam doszukać się w tym wszystkim jakiegoś sensu, albo przynajmniej naukowego udowodnienia. – Nie możesz się jakoś dowiedzieć kto to? – to właśnie ta część najbardziej mnie w tym wszystkim podniecała. Co prawda, możliwą była opcja z rządem, który upatrzył we mnie kandydatkę na tajnego agenta, ale o zgrozo, ja wymyśliłam sobie najbardziej nieprawdopodobną i zupełnie nierealną wersję. W moich wszystkich wyobrażeniach chciałam być śledzona tylko przez jedną osobę. Przez kogoś, kto posunięty do ostateczności, w porywach nadludzkiego romantyzmu, zainspirowany jakąś tanią i tandetną komedią romantyczną, zdobył się na wszystko by w końcu zrobić pierwszy krok i wyrwać się z kleszczy swojej despotycznej (już prawie ex) partnerki. I właśnie dlatego w moich myślach, jak mantra powtarzała się prośba o cud, którego imię rozpoczynało się na B. Brandon Walker. Brandon Walker. Brandon Walker. Proszę, proszę, proszę. Brandon Walker. Brandon Walker. Brandon Walker.
 - Pewnie ktoś zainstalował go w szkole, chyba, że miałyście ostatnio włamanie… – Jake uniósł lekko brwi, patrząc na mnie pytająco, a moje serce zaczęło bić jeszcze szybciej niż przed chwilą. Brandon Walker. Brandon Walker. Brandon Walker.
- To musiało stać się w szkole – prawie nie poznałam mojego rozedrganego głosu, który w pewnym stopniu mnie zdradzał. Brandon Walker. Brandon Walker. Brandon Walker. Jake wziął to za objaw zdenerwowania albo strachu, dlatego od tej pory przyglądał mi się nieco podejrzliwie, jakby liczył, że za chwilę zemdleję albo odstawię ładny atak paniki. Bardzo się nie mylił, bo niewiele mi już brakowało…
- Musiałbym włamać się na serwer, a ja hakerem nie jestem… – mruknął, ale zaraz po zobaczeniu mojej miny chyba zmienił zdanie. – Ale mogę być… – nie przejawiał do tego zbyt wielkiej chęci, jedyne co go motywowało to moje zalążki histerii, które brał za przejaw ogromnego strachu. Nie chciałam wyprowadzać go z błędu. – Za pięć stów coś wymyślę – przesunął dłonią po swoich dziwacznie obciętych włosach i wpatrywał się we mnie, badając każdą reakcję. Nie była to rzecz, której się spodziewałam. Liczyłam raczej na jakiś objaw samarytańskiej pomocy, bezinteresowny dar, albo przynajmniej charytatywne działanie.
- Pół tysiąca!? – przełknęłam głośno ślinę, lekko sprowadzając moje myśli na ziemię.

     Siedząc na niesłychanie nudnej, koedukacyjnej historii sztuki, nie mogłam przestać myśleć o rewelacjach wczorajszego dnia. Gdy pierwsze emocje opadły, zaczęłam poważnie się nad tym zastanawiać, szczególnie nad kwestiami finansowymi. Nie byłam w stanie dać Jake’owi pięciuset dolarów, ot tak. Nie byłam w stanie dać pięciuset dolarów komukolwiek… Problem rósł coraz bardziej, nie dając mi spokoju. Jedyne czego byłam pewna to fakt, że muszę dowiedzieć się prawdy i poznać człowieka, który mnie śledzi. I że nie jest nim na pewno Brandon Walker, który aktualnie podawał, osiemnastą już, karteczkę w stronę Avy Vanderbilt. Blondynka dwudziesty pierwszy raz uśmiechnęła się do niego zachwycona, posyłając kolejnego buziaka w powietrze, a wraz z nim, przyprawiła mnie o następny przypływ mdłości. Tego zjawiska akurat nie liczyłam, a szkoda, bo ta statystyka byłaby wielce imponująca.
     Po usłyszeniu dzwonka mogłam w końcu opuścić szkołę, tak jak reszta mojej klasy. Zabawne, bo w tej chwili, może nawet obok mnie, snuła się osoba, która wiedziała o mnie wszystko. Prawie wszystko. A ja nie mogłam przewidzieć kto to.
- Cześć, jestem Sadie – szeroko uśmiechnięta brunetka wyrosła przede mną znienacka, celując we mnie swoją ręką. Zaskoczona i lekko zamroczona, uścisnęłam ją delikatnie, próbując zachowywać się w miarę normalnie. Nie żebym była jakimś odludkiem, ale niecodziennie rozmawia się z osobami z mojej klasy, a już szczególnie z przedstawicielami... elity. I niecodziennie one postanawiają cię zauważyć… – Ja i Carrie mamy do ciebie sprawę – dodała szybko i zanim się zorientowałam Sadie Hilton wzięła mnie pod ramię i prowadziła w stronę… Carrie Lauren. Czy to jest jakiś głupi sen? Przez dwa lata, od kiedy chodzimy razem do szkoły, żadna z nich nie odezwała się do mnie słowem. No dobrze, może prócz Sadie, która kiedyś w łazience na drugim piętrze zapytała czy nie mam może chusteczek antybakteryjnych… Mam uwierzyć, że nagle odczuły potrzebę poznania mnie bliżej? Jasne.
- Ale o co chodzi? – zmarszczyłam brwi, starając się wyglądać na w miarę wyluzowaną, bo szczerze mówiąc perspektywa spotkania z Carrie, pretendentką do miana królowej szkoły, moim niekwestionowanym autorytetem jeśli chodzi o modę, przyprawiała mnie o tremę i delikatne drgawki. Wszystko działo się tak szybko, że nie miałam czasu na analizowanie tej sytuacji, a co dopiero na jej zrozumienie. Perspektywa rozmowy z tymi ludźmi, nawet krótkiej, była niezwykle deprawująca i ekscytująca jednocześnie. Chciałabym, żeby moje aktorskie zdolności chociaż trochę ukryły beznadziejną, wrodzoną nieśmiałość.
- Potrzebujemy kilku dziewcząt, które będą zbierały z nami pieniądze na Balu w Różu i Fiolecie w sobotę. Carrie chce zebrać więcej niż Ava, a że czasu mamy niewiele musimy szybko działać – Sadie była tym wszystkim niezwykle podniecona, dlatego ściskała moje ramię z nadludzką siłą, pozostawiając obojczyk bez dopływu krwi. – Czasu jest mało, więc musimy iść na ilość nie na jakość… Bez urazy… – dodała szybko, uśmiechając się przepraszająco. Jej bezpośredniość i szczerość dziwnie mi nie przeszkadzały, chociaż właśnie umieściła mnie w jakiejś gorszej, mniej ludzkiej kategorii. Wszystko to nie miało znaczenia. Czy ona właśnie składa mi propozycję?
- Chcesz powiedzieć, że zapraszacie mnie na bal? – spytałam ostrożnie, powstrzymując się od przesadnych reakcji. Nie żebym się tym interesowała, ale Bal w Różu i Fiolecie to coroczna gala, na której spotykają się wszystkie gwiazdy i cała nowojorska elita, z zapałem oddająca się filantropii. Pierwsza lepsza Florrie Hart z pewnością nie ma tam wstępu. Piękni ludzie, w pięknych ubraniach, na pięknym czerwonym dywanie, oddają się tłumowi fotoreporterów, aby po krótkiej części oficjalnej przenieść się do sali bankietowej i bawić się do białego rana. Czy muszę nadmieniać, że to wzór najlepszej i najbardziej idealnej imprezy świata? Imprezy, na której nigdy nie byłam i raczej nie miałam okazji się znaleźć. Raczej…
- Jasne! Dobierzemy ci tylko sukienkę. Carrie twierdzi, że najlepsza będzie fiol… - Sadie wystrzeliwała ze swych ust słowa w tempie karabinu maszynowego. Nie potrafiłam tak szybko przetwarzać informacji.. Nie wiem czy ktokolwiek, opanowany całkowitym szokiem, potrafił za tym nadążyć. Szczególnie po tym co stało się później… A było już tylko gorzej. Kolejna osoba postanowiła wycelować we mnie swym palcem i nie było to zbyt miłe. Jedna z pierwszoklasistek stanęła nam na drodze, mierząc mnie swoim wzrokiem od stóp do głów.
- Ona jest trochę niska, ale całkiem nieźle wygląda – rzuciła do Avy Vanderbilt, która pojawiła się przy niej, lustrując mnie podobnym spojrzeniem. Jak zawsze wyglądała doskonale, w podkreślających jej kształty spodniach i obcisłej marynarce. Była olśniewająca, mimo że pod wpływem delikatnego wiatru, jej włosami zapanował całkowity nieład, a makijaż lekko rozmazał się pod oczami. Czy ona nie mogłaby choć raz udawać brzydkiej?
- Hmm, ma fajne ciało, sukienka będzie na niej dobrze leżała – Ava Vanderbilt wypowiadała się właśnie na MÓJ temat. Może nie będę wspominać, że zrobiła to tak jakbym była manekinem na wystawie… Nie zdziwiło mnie to.  Ale jak to możliwe, że jednego dnia zauważyły mnie obydwie królowe Dalton? I czy to normalne? Ava Vanderbilt, mój odwieczny wróg (chociaż jeszcze nie miała okazji się o tym dowiedzieć) stała teraz naprzeciwko mnie uśmiechając się w sposób, który ktoś z boku mógłby nazwać przyjaznym. Dla mnie był to tylko sztuczny wytwór ortodonty, za którym krył się podstęp i fałsz. Wybacz Ava, nienawidzę cię.
- Wybierz się z nami na bal – panienka Vanderbilt rzuciła słodko, próbując mnie udobruchać. Uśmiech nie znikał z jej twarzy, nawet gdy delikatny stukot piętnastocentymetrowych Louboutinów stopniowo zbliżał się w naszą stronę. Chwilę później Carrie stała tuż obok Avy, rzucając w jej stronę przelotne i pogardliwe spojrzenie. Potem przyszedł czas na mnie.
Myślałam, że zaraz zwymiotuję. Właśnie stałam na samym środku szkolnego dziedzińca, pochłaniając uwagę każdego znajdującego się tam ucznia. Dwie najbardziej wpływowe dziewczyny w tej szkole, traktując mnie jak jakiś przedmiot, chciały mieć mnie po swojej stronie. Sadie Hilton, wsparta na moim ramieniu, poganiała mnie bym podjęła decyzję, której nie chciałam podejmować. Moja siostra o mały włos nie straciła wzroku, wytrzeszczając oczy na widok mnie pośród szkolnej elity. I co najgorsze, brakowało mi powietrza, dzięki chłopakowi, który pojawił się znikąd.
- Co jest? – Brandon Walker skierował swoje niesamowite, magnetyzujące, niebieskie oczy na moją, pobladłą twarz, sprawiając, że moje serce wpadło w stan przedzawałowy. I niestety, na tym się nie skończyło…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Layout by Yassmine