5.07.2014

001. Welcome To My Life




Pierwszy rozdział. Napisany niemal trzy lata temu i prawie wcale nietknięty dzisiaj. Z czystego sentymentu publikuję go właśnie w takiej postaci, w końcu właśnie od niego wszystko się zaczęło. Wprowadzenie do całej historii, która mam nadzieję, przypadnie Wam do gustu.
Miłego czytania.


***




     To ja, Florrie. Hart. A ten beznadziejny dźwięk, który przerwał pocałunek z mężczyzną mych marzeń to z pewnością budzik. By go wyłączyć muszę sięgnąć w stronę półki stojącej przy łóżku, a znając moje dokonania, strącę przy tym szklankę, wypełnioną do połowy suplementem diety wzbogaconym o magnez, który zostawiłam tam zeszłego wieczora. I tak też się dzieje, bo przecież ten wtorek nie różni się niczym od innych wtorków. Szklanka ląduje na jasnym dywanie, rozbryzgując przy okazji przefarbowaną na pomarańczowo wodę na wszystko co znajduje się w jej zasięgu, włączając w to moją miękką, śnieżnobiałą pościel. Przeklinam pod nosem i niechętnie otwieram powieki, eliminując w końcu budzik z gry i podnoszę swe ciało do pozycji, którą ciężko nazwać pionem z zamiarem pójścia do łazienki.
- Boże, wyglądasz jak Kat Rhodes przed odwykiem – Darcy, moja młodsza siostra, zawsze wita mnie miłym słowem, bez skrupułów komentując moją prezencję. Porównanie do najsławniejszej ćpunki w naszej szkole, wydawało się dość specyficznym komplementem. Niestety muszę przyznać, że ma pełne  prawo do tego osądu. Darcy Hart w przeciwieństwie do swojej siostry nawet wczesnym rankiem ma perfekcyjnie ułożone włosy i nienagannie pomalowane paznokcie. Kilka razy w roku obiecuję sobie, że wstanę godzinę wcześniej niż zwykle i też osiągnę taki rezultat w dziedzinie wyglądu, ale zazwyczaj wszystko kończy się na obietnicach. Kocham spać, a to podobno wpływa zbawiennie na urodę. Chciałabym, żeby w moim przypadku w końcu zaczęło działać…
- Dzięki – mruknęłam w odpowiedzi, tak jak to mam w zwyczaju robić codziennie. Przechodząc przez kuchnię, udało mi się chwycić kubek gorącej kawy i skraść kilka łyków w drodze pod prysznic.
- Po szkole przyjdzie tu mój kolega Jake, który zmieni to lipne oprogramowanie w twoim laptopie. Więc ty go wpuść, a ja teraz wychodzę. Pa! – udało mi się usłyszeć jeszcze trzask frontowych drzwi, a potem byłam już tylko ja i gorące, relaksujące strumienie w ciasnej kabinie prysznicowej w naszej łazience. Czasami zastanawiałam się, dlaczego Darcy tak wcześnie wychodzi z domu. Pokonanie drogi z naszego mieszkania w SoHo do Cara Dalton Academy, prywatnej szkoły znajdującej się na Upper East Side zajmowało mi średnio dwadzieścia minut metrem, wliczając w to przesiadkę. Moja siostra znikała godzinę przed rozpoczęciem lekcji, a i tak stojąc na dziedzińcu mogłam zauważyć, że wbiega do klasy lekko spóźniona. Nie wnikałam w to jednak, podobnie jak nasi rodzice, którzy zajęci pracą przy nowym projekcie badawczym dla Instytutu Medycznego Dangermonda, spędzali tam większość swojego czasu.
      Mój czas płynął teraz nieubłaganie, dlatego chcąc nie chcąc musiałam opuścić ulubione miejsce rozmyślań na rzecz powrotu do mojego pokoju. Z suszarką w dłoni, przeglądałam zawartość szafy, która z pewnością była wypchana równie obficie co szafy moich koleżanek, z tą małą różnicą, że wartość ich ubrań na pewno przekraczała wycenę całego mojego mieszkania. Z umeblowaniem. Byłam święcie przekonana, że u siebie nie znajdę ani jednej metki sławnego projektanta, nie licząc mojej babci, która szyła dla mnie na zamówienie. Cóż, bardziej oddanej i cudownej kobiety, która czyta „Vanity Fair” i „Vogue” z równym przejęciem co ja, na świecie nie ma. Wyciągnęłam jedno z jej dzieł, lekko pomiętą szaroniebieską sukienkę, po chwili zarzucając na ramiona ciężki, kremowy sweter, sięgający do samych bioder, który w swoim kształcie przypominał pelerynę. Bogu dzięki, że mundurki przeszły w tym roku w zapomnienie. Przerzuciłam skórzaną torbę, wyładowaną podręcznikami przez ramię, a po krótkim spojrzeniu w lustro stwierdziłam, że moje włosy uratuje jedynie kapelusz… Nie mając lepszego wyjścia naciągnęłam go na oczy, zamykając mieszkanie.
      Droga do najbliższej stacji metra zajmowała kilka minut, w ciągu których mogłam bez problemu skonsumować bajgla kupionego w pobliskiej piekarni i rozkoszować się widokiem jesiennego Nowego Jorku, który zaczynał swój pracowity poranek. Uwielbiałam to miasto, szczególnie jesienią, gdy drzewa pokrywały się złotem, a lekki wiatr otrzeźwiał przyjemnie moją zaspaną twarz. Jadąc metrem, jak zawsze przyglądałam się współtowarzyszom podróży, lustrując dokładnie ich ubiór, czasem wyobrażając sobie gdzie teraz jadą, albo jakie mają życiowe plany. Dzisiaj, prócz kilku fanek „Fifty Shades Of Gray”, czytających zawzięcie przy oknie, moim towarzystwem byli maklerzy z Wall Street, wyróżniający się swoimi czerwonymi szelkami i narzekający bez przerwy na brak zasięgu w podziemiach. Ich poirytowanie zaczęło mi się udzielać, dlatego ucieszyłam się na widok mojej stacji. Trochę się zdziwiłam, gdy patrząc na zegarek okazało się, że jestem na peronie dziesięć minut za wcześnie, więc by nie tracić czasu postanowiłam przebyć dalszą drogę piechotą. Spacer po Upper East Side nie mógł być przecież nieprzyjemny. Od zawsze podobały mi się gustownie urządzone kamienice, szczególnie ich architektura i te ulice, obsadzone gęsto drzewami. Zastanawiałam się jak szczęśliwi muszą być tutaj ludzie, którzy mogą codziennie podziwiać ten widok z okna. Nie miałam nic przeciwko naszemu mieszkanku w SoHo, ale własne piętro na UES, winda i ogromny taras były dużo bardziej podobne do mojego domu z idealnych snów. Długa aleja, obsadzona idealnie wypielęgnowanymi drzewami prowadziła mnie wprost pod główną bramę liceum.
      Stojąc na dziedzińcu Cara Dalton Academy, elitarnej szkoły dla dziewcząt i jej męskiego odpowiednika w postaci Holy Trinity High School, miało się wrażenie, że to właśnie tutaj mieści się centrum Nowego Jorku, wylęgarnia przyszłych prezydentów, polityków, biznesmenów i przedsiębiorców. Skazanej na sukces inteligencji, która za kilka lat zasiądzie na najwyższych stanowiskach i zacznie rządzić tym światem. Nic bardziej mylnego. Ja, Florrie Hart, uczennica Dalton wiedziałam wszystko o tych ludziach. A na pewno więcej niż komukolwiek mogłoby się wydawać... Pozory często mylą, a wyobrażenia na temat dobrego wychowania uczniów są równie ulotne jak zapach perfum Marca Jacobsa, który rankiem, od czasu do czasu docierał do nozdrzy przechodzących pod bramą przechodniów.
      Limuzyny podjeżdżały tutaj w określonej kolejności, którą znałam już bardzo dobrze, dlatego nie zdziwił mnie fakt, iż pierwsze czarne szyby skrywały za sobą postać Carrie Lauren. Wysiadała z samochodu z niesamowitą gracją, po poprawieniu idealnie skrojonej spódnicy, udając się w stronę bramy na swych dwunastocentymetrowych szpilkach. Jej czerwone usta na tle jasnej, nienagannej cery odznaczały się wyraźnie, podkreślając dystyngowaną urodę blondynki. Wystarczyła minuta, by kilka pierwszoklasistek pojawiło się tuż obok jej zgrabnej sylwetki, proponując poniesienie torebki i oferując latte z odtłuszczonym mlekiem. Wydawało się, że Carrie nie zwraca na nie uwagi, machinalnie oddając torebkę i łapiąc bezwiednie kubek. Tuż po tym jak jedna z dziewcząt otworzyła przed nią drzwi do szkoły, znikała tak szybko jak się pojawiła, po części chowając się przed wścibskimi spojrzeniami ludzi z dziedzińca. Dokładnie takimi jak moje. Słysząc okrzyki paparazzi, wiedziałam, że jako drugi, pospiesznie zjawi się Kyle. Młody Dangermond uwielbiał światła reflektorów, dlatego nie powstrzymał się od małego przedstawienia, ściągając na siebie blask fleszy. Z wyuczonym uśmiechem, pomachał kilkakrotnie do aparatów, odsyłając swoją dzisiejszą dziewczynę do domu. To takie typowe, a te naiwne panienki wciąż się na to łapią… Czego nie zrobi się dla Kyla, by tylko zobaczyć to później na TMZ… Zazwyczaj w tym momencie Ava Vanderbilt wkracza,  aby zaszczycić nas swoją obecnością. I tak też stało się dzisiaj. Druga grupka dziewcząt z pierwszej klasy, tych, które możemy nazwać Drużyną Avy, natychmiast stawiła się u jej boku, streszczając kilka istotnych informacji i odprowadzając jej idealną postać na zajętą już wcześniej ławkę, gdzie Ava oczekiwała na mojego chłopaka. Technicznie rzecz biorąc, Brandon Walker był jej chłopakiem, ale czy musimy tak bardzo dbać o szczegóły? Jak zwykle, pojawił się na dziedzińcu w pośpiechu, z lekko rozwianymi i mokrymi po porannym prysznicu włosami, wyrzucając pusty kubek po kawie do kosza na śmieci. Piękny i pomięty jak zawsze. Wydawało się, że nie zwrócił żadnej uwagi na to co nosił dzisiaj na sobie, a mimo tego, wszystko idealnie do niego pasowało, podkreślając tylko urodę. Obdarował Avę najpiękniejszym uśmiechem świata po czym, płosząc wszystkie pierwszoklasistki, pocałował ją czule, dając mi kolejny powód, za który mogę nienawidzić panny Vanderbilt. Pomińmy fakt, że jej perfekcyjne ciało o idealnym biuście i podkreślonej talii, ma się nijak do moich 170 cm i płaskiej jak deska sylwetki. Nie ważnym jest fakt, że codziennie wyglądała jak anioł w delikatnym i subtelnym makijażu, który z pewnością moich zalet by nie podkreślił. Co z tego, że porusza się jak motyl w rzymiankach na obcasie, umieszczając mnie, potykającą się w swoich botkach przy każdej możliwej okazji, w cieniu. Mogłam znieść wszystkie te porażające prawdy i przemilczeć każdą niewygodną cechę dla Niego, Mojego Idealnego Mężczyzny, który teraz obejmował ją w pasie i odprowadzał do klasy. Jakie jest prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek znajdę się na jej miejscu? Zerowe. Pomijając sny, w których robił to i kilka innych seksownych rzeczy już milion razy… Flo, jesteś głupia! Tylko tak mogłam sprowadzić się na ziemię i w końcu ruszyć z miejsca. W momencie, gdy Brandon znikał mi z oczu cały ten porządek przestawał mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie, a postacie Matthew, naszego nowego nabytku, lorda wprost z Wysp Brytyjskich, plastikowej Sadie Hilton i kilku innych bogatych dzieciaków, przestały być interesujące. Ruszyłam w stronę wejścia, zauważając przy okazji Darcy, wysiadającą w biegu z taksówki, która planowała chyba niezauważenie przemknąć do klasy…
- Darcy?! – zmarszczyłam brwi, oglądając się w jej stronę, licząc na jakieś wyjaśnienia. – Od kiedy stać cię na taksówkę? – cała ta konspiracja już trochę mnie irytowała i niepokoiła i chociaż chciałam dowiedzieć się czegoś więcej, moja siostra jak zwykle udała, że nie ma pojęcia kim jestem. Cudownie.

Mimo że dzień skończył się szybko, zmęczenie dawało o sobie znać, dlatego odetchnęłam z ulgą, zamykając za sobą drzwi do mieszkania. Odłożyłam kupiony wcześniej obiad na blat w kuchni i ruszyłam w stronę sypialni, by pozbyć się torebki i przebrać w coś wygodnego. Umierałam z głodu. Zazwyczaj nie rzucam się na jedzenie jak psychopata, ale dzisiejszy dzień można uznać za wyjątek, co jest chyba zasługą Marco, a właściwie makaronu, który mi sprzedał. Rozkoszowałam się jego smakiem, tak jakbym nie jadła co najmniej przez tydzień, więc nic dziwnego, że dzwonek do drzwi mógł mnie zdenerwować.
- Dlaczego nie możesz korzystać ze swoich kluczy? – przekonana, że za drzwiami stoi Darcy, zostawiłam je otwarte tuż po pociągnięciu klamki i wróciłam na stołek przy kuchennym blacie, żeby skończyć obiad.
- Bo ich nie mam… – odpowiedziano mi, a głos którego do tego użyto, na pewno nie należał do mojej siostry. Nieco zawstydzona obróciłam się na stołku, by przekonać się, że jego właścicielem jest dość chudy i wysoki chłopak. – Jestem Jake, Darcy prosiła żebym naprawił twój komputer…
- Hmm, wejdź, dzięki, że wpadłeś… – moja beznadziejność sięgała w tym momencie zenitu, ale tak to jest, gdy współczynnik twojej odwagi jest najniższym w tym kraju. Szczególnie w stosunku do obcych i nowo poznanych.
Jake bez większych ceregieli zabrał się za naprawę mojego komputera, skutecznie odbierając mi apetyt. Nie był zbyt miły ani wylewny, odmówił kiedy chciałam poczęstować go obiadem i nie miał chęci na rozmowę ze mną o czymkolwiek. Dzięki niemu cudownie spędziłam popołudnie, czując się jak intruz we własnym domu.
- Masz szpiega – zakomunikował w pewnym momencie, odrywając mnie od talerzy, które myłam już drugi raz.
- Szpiega? – nie żebym była jakimś totalnym informatycznym idiotą, ale niektóre stwierdzenia, szczególnie formułowane przez chłopców w kujonkach, nie były dla mnie zbyt jasne.
- Ktoś zainstalował ci szpiega. Śledzi twój komputer. Pliki, dokumenty, Facebooka, pamiętnik i tę stronę, którą prowadzisz…
- CO!?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Layout by Yassmine