Jak
powinien zachować się człowiek, który właśnie dowiedział się, że jest
śledzony? Gdyby taką wiadomość usłyszał Kyle Dangermond zapewne
uśmiechnąłby się szeroko i z udawaną skromnością, mimochodem pochwaliłby
się tym w jakimś wywiadzie. Carrie Lauren wynajęłaby prywatnego
detektywa, który zacząłby zbierać informacje o przeciwniku. Sadie
Hilton, maksymalnie podniecona, za wszelką cenę chciałaby doprowadzić do
konfrontacji z cichym wielbicielem. Matthew Hearst zleciłby swoim
strażnikom jego lordowskiej mości skasowanie intruza. A ja? Florrie
Hart? Stałam jak wryta przed złym posłańcem, objawionym w ciele
Jake’a, próbując zrozumieć o co tak właściwie chodzi. Jak to możliwe, że
na świecie znalazła się osoba zainteresowana moim życiem do tego
stopnia, by śledzić moje poczynania na każdym kroku? I co ważniejsze,
kim
był ten człowiek? Pewnie powinnam czuć w tej chwili strach…
Gwałciciele, mordercy, psychopaci… Tylko czekali by zrobić mi krzywdę,
albo zacząć emocjonalny szantaż. Więc dlaczego byłam tym lekko
podekscytowana?
- Ale jak to możliwe!? – mój mózg pracował w tej
chwili na najwyższych obrotach. Próbowałam doszukać się w tym wszystkim
jakiegoś sensu, albo przynajmniej naukowego udowodnienia. – Nie możesz
się jakoś dowiedzieć kto to? – to właśnie ta część najbardziej mnie w
tym wszystkim podniecała. Co prawda, możliwą była opcja z rządem, który
upatrzył we mnie kandydatkę na tajnego agenta, ale o zgrozo, ja
wymyśliłam sobie najbardziej nieprawdopodobną i zupełnie nierealną
wersję. W moich wszystkich wyobrażeniach chciałam być śledzona tylko
przez jedną osobę. Przez kogoś, kto posunięty do ostateczności, w
porywach nadludzkiego romantyzmu, zainspirowany jakąś tanią i tandetną
komedią romantyczną, zdobył się na wszystko by w końcu zrobić pierwszy
krok i wyrwać się z kleszczy swojej despotycznej (już prawie ex)
partnerki. I właśnie dlatego w moich myślach, jak mantra powtarzała się
prośba o cud, którego imię rozpoczynało się na B. Brandon Walker. Brandon Walker. Brandon Walker. Proszę, proszę, proszę. Brandon Walker. Brandon Walker. Brandon Walker.
-
Pewnie ktoś zainstalował go w szkole, chyba, że miałyście ostatnio
włamanie… – Jake uniósł lekko brwi, patrząc na mnie pytająco, a moje
serce zaczęło bić jeszcze szybciej niż przed chwilą. Brandon Walker. Brandon Walker. Brandon Walker.
- To musiało stać się w szkole – prawie nie poznałam mojego rozedrganego głosu, który w pewnym stopniu mnie zdradzał. Brandon Walker. Brandon Walker. Brandon Walker.
Jake wziął to za objaw zdenerwowania albo strachu, dlatego od tej pory
przyglądał mi się nieco podejrzliwie, jakby liczył, że za chwilę
zemdleję albo odstawię ładny atak paniki. Bardzo się nie mylił, bo
niewiele mi już brakowało…
- Musiałbym włamać się na serwer, a ja
hakerem nie jestem… – mruknął, ale zaraz po zobaczeniu mojej miny chyba
zmienił zdanie. – Ale mogę być… – nie przejawiał do tego zbyt wielkiej
chęci, jedyne co go motywowało to moje zalążki histerii, które brał za
przejaw ogromnego strachu. Nie chciałam wyprowadzać go z błędu. – Za
pięć stów coś wymyślę – przesunął dłonią po swoich dziwacznie obciętych
włosach i wpatrywał się we mnie, badając każdą reakcję. Nie była to
rzecz, której się spodziewałam. Liczyłam raczej na jakiś objaw
samarytańskiej pomocy, bezinteresowny dar, albo przynajmniej
charytatywne działanie.
- Pół tysiąca!? – przełknęłam głośno ślinę, lekko sprowadzając moje myśli na ziemię.
Siedząc na niesłychanie nudnej, koedukacyjnej historii sztuki, nie
mogłam przestać myśleć o rewelacjach wczorajszego dnia. Gdy pierwsze
emocje opadły, zaczęłam poważnie się nad tym zastanawiać, szczególnie
nad kwestiami finansowymi. Nie byłam w stanie dać Jake’owi pięciuset
dolarów, ot tak. Nie byłam w stanie dać pięciuset dolarów komukolwiek…
Problem rósł coraz bardziej, nie dając mi spokoju. Jedyne czego byłam
pewna to fakt, że muszę dowiedzieć się prawdy i poznać człowieka, który
mnie śledzi. I że nie jest nim na pewno Brandon Walker, który aktualnie
podawał, osiemnastą już, karteczkę w stronę Avy Vanderbilt. Blondynka
dwudziesty pierwszy raz uśmiechnęła się do niego zachwycona, posyłając
kolejnego buziaka w powietrze, a wraz z nim, przyprawiła mnie o następny
przypływ mdłości. Tego zjawiska akurat nie liczyłam, a szkoda, bo ta
statystyka byłaby wielce imponująca.
Po usłyszeniu dzwonka mogłam w
końcu opuścić szkołę, tak jak reszta mojej klasy. Zabawne, bo w tej
chwili, może nawet obok mnie, snuła się osoba, która wiedziała o mnie
wszystko. Prawie wszystko. A ja nie mogłam przewidzieć kto to.
-
Cześć, jestem Sadie – szeroko uśmiechnięta brunetka wyrosła przede mną
znienacka, celując we mnie swoją ręką. Zaskoczona i lekko zamroczona,
uścisnęłam ją delikatnie, próbując zachowywać się w miarę normalnie. Nie
żebym była jakimś odludkiem, ale niecodziennie rozmawia się z osobami z
mojej klasy, a już szczególnie z przedstawicielami... elity. I
niecodziennie one postanawiają cię zauważyć… – Ja i Carrie mamy do
ciebie sprawę – dodała szybko i zanim się zorientowałam Sadie Hilton
wzięła mnie pod ramię i prowadziła w stronę… Carrie Lauren. Czy to jest
jakiś głupi sen? Przez dwa lata, od kiedy chodzimy razem do szkoły,
żadna z nich nie odezwała się do mnie słowem. No dobrze, może prócz
Sadie, która kiedyś w łazience na drugim piętrze zapytała czy nie mam
może chusteczek antybakteryjnych… Mam uwierzyć, że nagle odczuły
potrzebę poznania mnie bliżej? Jasne.
- Ale o co chodzi? –
zmarszczyłam brwi, starając się wyglądać na w miarę wyluzowaną, bo
szczerze mówiąc perspektywa spotkania z Carrie, pretendentką do miana
królowej szkoły, moim niekwestionowanym autorytetem jeśli chodzi o modę,
przyprawiała mnie o tremę i delikatne drgawki. Wszystko działo się tak
szybko, że nie miałam czasu na analizowanie tej sytuacji, a co dopiero
na jej zrozumienie. Perspektywa rozmowy z tymi ludźmi, nawet krótkiej,
była niezwykle deprawująca i ekscytująca jednocześnie. Chciałabym, żeby
moje aktorskie zdolności chociaż trochę ukryły beznadziejną, wrodzoną
nieśmiałość.
- Potrzebujemy kilku dziewcząt, które będą zbierały z
nami pieniądze na Balu w Różu i Fiolecie w sobotę. Carrie chce zebrać więcej
niż Ava, a że czasu mamy niewiele musimy szybko działać – Sadie była tym
wszystkim niezwykle podniecona, dlatego ściskała moje ramię z nadludzką
siłą, pozostawiając obojczyk bez dopływu krwi. – Czasu jest mało, więc
musimy iść na ilość nie na jakość… Bez urazy… – dodała szybko,
uśmiechając się przepraszająco. Jej bezpośredniość i szczerość dziwnie
mi nie przeszkadzały, chociaż właśnie umieściła mnie w jakiejś gorszej,
mniej ludzkiej kategorii. Wszystko to nie miało znaczenia. Czy ona
właśnie składa mi propozycję?
- Chcesz powiedzieć, że zapraszacie
mnie na bal? – spytałam ostrożnie, powstrzymując się od przesadnych
reakcji. Nie żebym się tym interesowała, ale Bal w Różu i Fiolecie to
coroczna gala, na której spotykają się wszystkie gwiazdy i cała
nowojorska elita, z zapałem oddająca się filantropii. Pierwsza lepsza
Florrie Hart z pewnością nie ma tam wstępu. Piękni ludzie, w pięknych
ubraniach, na pięknym czerwonym dywanie, oddają się tłumowi
fotoreporterów, aby po krótkiej części oficjalnej przenieść się do sali
bankietowej i bawić się do białego rana. Czy muszę nadmieniać, że to
wzór najlepszej i najbardziej idealnej imprezy świata? Imprezy, na
której nigdy nie byłam i raczej nie miałam okazji się znaleźć. Raczej…
-
Jasne! Dobierzemy ci tylko sukienkę. Carrie twierdzi, że najlepsza
będzie fiol… - Sadie wystrzeliwała ze swych ust słowa w tempie karabinu
maszynowego. Nie
potrafiłam tak szybko przetwarzać informacji.. Nie wiem czy
ktokolwiek, opanowany całkowitym szokiem, potrafił za tym nadążyć.
Szczególnie po tym co stało się później… A było już tylko gorzej.
Kolejna osoba postanowiła wycelować we mnie swym palcem i nie było to
zbyt miłe. Jedna z pierwszoklasistek stanęła nam na drodze, mierząc mnie
swoim wzrokiem od stóp do głów.
- Ona jest trochę niska, ale całkiem
nieźle wygląda – rzuciła do Avy Vanderbilt, która pojawiła się przy
niej, lustrując mnie podobnym spojrzeniem. Jak zawsze wyglądała
doskonale, w podkreślających jej kształty spodniach i obcisłej
marynarce. Była olśniewająca, mimo że pod wpływem delikatnego wiatru,
jej włosami zapanował całkowity nieład, a makijaż lekko rozmazał się pod
oczami. Czy ona nie mogłaby choć raz udawać brzydkiej?
- Hmm, ma
fajne ciało, sukienka będzie na niej dobrze leżała – Ava Vanderbilt
wypowiadała się właśnie na MÓJ temat. Może nie będę wspominać, że
zrobiła to tak jakbym była manekinem na wystawie… Nie zdziwiło mnie to.
Ale jak to możliwe, że jednego dnia zauważyły mnie obydwie królowe
Dalton? I czy to normalne? Ava Vanderbilt, mój odwieczny wróg
(chociaż jeszcze nie miała okazji się o tym dowiedzieć) stała teraz
naprzeciwko mnie uśmiechając się w sposób, który ktoś z boku mógłby
nazwać przyjaznym. Dla mnie był to tylko sztuczny wytwór ortodonty, za
którym krył się podstęp i fałsz. Wybacz Ava, nienawidzę cię.
-
Wybierz się z nami na bal – panienka Vanderbilt rzuciła słodko, próbując
mnie udobruchać. Uśmiech nie znikał z jej twarzy, nawet gdy delikatny
stukot piętnastocentymetrowych Louboutinów stopniowo zbliżał się w naszą
stronę. Chwilę później Carrie stała tuż obok Avy, rzucając w jej stronę
przelotne i pogardliwe spojrzenie. Potem przyszedł czas na mnie.
Myślałam,
że zaraz zwymiotuję. Właśnie stałam na samym środku szkolnego
dziedzińca, pochłaniając uwagę każdego znajdującego się tam ucznia. Dwie
najbardziej wpływowe dziewczyny w tej szkole, traktując mnie jak jakiś
przedmiot, chciały mieć mnie po swojej stronie. Sadie Hilton, wsparta na
moim ramieniu, poganiała mnie bym podjęła decyzję, której nie chciałam
podejmować. Moja siostra o mały włos nie straciła wzroku, wytrzeszczając
oczy na widok mnie pośród szkolnej elity. I co najgorsze, brakowało mi
powietrza, dzięki chłopakowi, który pojawił się znikąd.
- Co jest? –
Brandon Walker skierował swoje niesamowite, magnetyzujące, niebieskie
oczy na moją, pobladłą twarz, sprawiając, że moje serce wpadło w stan
przedzawałowy. I niestety, na tym się nie skończyło…